Nieświęta ziemia

Drukuj

Spadam na parę dni tam, gdzie wielu chciałoby mnie wysłać na stałe. Na lotnisku zmęczona żołnierka zapyta mnie, czego tu szukam. Co robiłem w Jordanii? Kiedy się wyniosę z powrotem do siebie?

Potem pojadę szosą, z której chwilami widać będzie mur oddzielający palestyński Zachodni Brzeg od Izraela Żydów. Będę przejeżdżał obok miasteczek żydowskich i arabskich. Po dwóch godzinach z okładem zajadę nad Jezioro Galilejskie, niezbyt wielkie i niezbyt piękne, za to brzemienne historią. Spotkam rzeczowych, a może nawet nieco szorstkich i zbyt bezpośrednich pracowników firmy organizującej moją konferencję oraz hotelu, gdzie będzie się ona odbywać. Wszystko mniej więcej będzie działać, ale bez przesady i bez kurtuazji. Jadę przecież do kraju ludzi wolnych i równych – dzieci twardych pionierów, którzy na skrawku pustyni, znienawidzeni przez świat i sąsiadów zbudowali nowoczesny i demokratyczny kraj, nie znający pokoju. Jedyny taki na świecie. Kraj dzielny, wolny, lecz smutny. Kraj tęskniący za normalnością, lecz nie mający na nią żadnych szans. Kraj, na który patrzą wszyscy, często z nienawiścią, rzadziej z podziwem i sympatią, bardzo rzadko – obojętnie. W teorii kraj wszystkich Żydów, lecz tak naprawdę kraj własnych obywateli – Izraelczyków.

Jacyż dziwni są Izraelczycy! Wprawdzie połowa z nich niewiele różni się stylem życia i bycia od południowych Europejczyków. Zwykli ludzie, nowocześni, religijni mało lub wcale, zajęci sobą i mający umiarkowane poglądy – trochę bardziej na lewo albo trochę bardziej na prawo, ale w normie. Większość z nich mówi oczywiście po hebrajsku, lecz wielu po rosyjsku albo po arabsku. Są w większości Żydami, lecz niektórzy z nich są po prostu emigrantami, mającymi wątłe żydowskie korzonki. Pewna część z tej połowy to izraelscy Arabowie – trochę zawieszeni pomiędzy lojalnością wobec swej izraelskiej ojczyzny a poczuciem solidarności i etniczno-religijnego bliskiego pokrewieństwa z Palestyńczykami. Tak czy inaczej, są to wszystko ludzie „w normie”. Mogliby żyć mniej więcej w tej samej fizycznej i społecznej przestrzeni. Ale nie żyją, bo przestrzeń małego Izraela jest tragicznie i notorycznie podzielona. Dzielić się i odgradzać, by choć trochę być u siebie – oto sposób na przetrwanie na tej bolesnej nieświętej ziemi.

Druga połowa jest radykalna, egzotyczna albo jedno i drugie. Oto różnej maści ortodoksi. Niektórzy czekają na mesjasza, który stworzy prawdziwy Izrael, bo tego tu nie uznają. Inni w ogóle nie myślą o polityce. Jeszcze inni, zwłaszcza ci z osad na Zachodnim Brzegu, są twardymi nacjonalistami i „prawdziwymi Żydami”; o Palestyńczykach myślą mniej więcej to, co oni o nich. No właśnie, mamy też niemało zradykalizowanych Arabów i Palestyńczyków, którzy chcieliby zepchnąć Żydów do morza i utworzyć Wielką Palestynę bez Żydów. Niektórzy z tych ludzi są Izraelczykami, choć większość ma dokumenty palestyńskie. Dalej mamy egzotyczne wspólnoty muzułmańskie, różnych odcieni islamskiej ortodoksji, mamy ugrupowania szczególne i od innych oddzielone, jak czarni Żydzi z Etiopii, Beduini, Druzowie. Ci ostatni akurat czują się Izraelczykami, ale paszportów nie pobrali ze strachu przez zemstą swych braci w muzułmańskiej wierze.

Wszyscy tu żyją u siebie, to znaczy osobno. Zamknięci w swych miejscowościach, w swych dzielnicach, swoimi chodzący i jeżdżący drogami. „Leming” i „prawdziwy Polak” są niemalże sobie braćmi w porównaniu do relacji, a właściwie braku relacji, (nie)wiążącej chasyda z całkowicie świeckim i rozrywkowym telawiwczykiem. Tylko że jedność nie jest fetyszem tego kraju. Różnorodność i to nie zawsze przyjazna i łatwa jest dla wszystkich oczywista. Nie rodzi sentymentalnych wzruszeń ani nie wzbudza mrzonek o „jedności w różnorodności”. Żaden tam multikulturalizm. Brak nawet tego politycznego zwornika, który mają Amerykanie w postaci powszechnej dumy z państwa. W Izraelu jest duma, ale nie powszechna, a poza tym ma tak wiele odmian, że czasami bardziej dzieli, niż łączy. No więc co łączy tych wszystkich ludzi? Żydów religijnych i świeckich z Arabami i Palestyńczykami, sefardyjczyków z Żydami aszkenazyjskimi, białych z czarnymi, prawicę z lewicą i tak dalej? Ano tyle, że żyją na tym skrawku ziemi, gdzie wszystko może się zdarzyć i gdzie tak wiele zależy od tego, kto jest premierem Izraela, kto prezydentem USA i co się dzieje w Egipcie, Syrii, Iranie. A ostatecznie liczyć trzeba przede wszystkim na siebie.

Jako Polak, cieszę się w tym pociętym płotami kraju zawstydzającymi przywilejami. Żyd izraelski nie wjedzie do Betlejem, kwadrans samochodem od centrum Jerozolimy, podobnie jak większość mieszkańców Betlejem nie może wybrać się na spacer po bulwarach Tel Awiwu. A ja mogę. Żaden Izraelczyk nie przejdzie murów, a właściwie zasieków Jerycho, a ja owszem. Mogę pojechać autobusem dla ortodoksów, mogę i arabskim. Mogę iść na herbatę we wschodniej Jerozolimie, a potem na czulent do dzielnicy ubranych w czarne surduty bądź szlacheckie kontusze egzotów. Wszędzie mi wolno, prawie wszędzie mnie wpuszczą. I do meczetu, i do cerkwi, i do synagogi. Aż mi głupio.

Bo oni nie mogą. Tylko my możemy – turyści. Oni żyją niemalże w gettach, dobrowolnie lub nie. Tysiące Żydów i Palestyńczyków mieszka we wsiach otoczonych zasiekami. Z północy na południe wije się ów „mur”, czyli zasieki oddzielające terytoria palestyńskie (Zachodni Brzeg, tzw. Autonomia Palestyńska) od „Izraela właściwego”. Na pokrętnych granicach terytoriów o różnym statusie (wyłącznie izraelskich, podlegających wspólnej kontroli izraelskiej i palestyńskiej bądź w pełni kontrolowanych przez siły palestyńskie) stoją wojskowe posterunki. Zresztą żołnierzy, obojga płci, widać wszędzie, zawsze pod bronią. Ale płotów niewidzialnych jest jeszcze więcej, a strażnika każdy ma w swojej głowie.

W Izraelu wiele jest bólu i żalu. Lecz na murach nie uświadczysz napisów „Żydzi do gazu” ani gwiazd Dawida na szubienicy. To nie Polska. Ten rodzaj nienawiści i ekspresji jest Arabom i Palestyńczykom nieznany. Zbyt wiele łączy ich z Żydami i zbyt wiele o nich wiedzą, by ich nie szanować. Wrogość – owszem, pogarda – nie. Podobnie i w drugą stronę. Żyd może nie znosić swych arabskich sąsiadów, mieć do nich tysiące zażaleń i pretensji, lecz są to właśnie żale i pretensje, a nie szydercza zaciekłość. Konflikt między Żydami i Arabami czy Palestyńczykami ma wiele cech wielopokoleniowej waśni rodzinnej. I choć nie ma tygodnia, by nie złapano kogoś, kto chce wysadzić się powietrze, by posłać do piekła kilku Żydów, zwykli muzułmanie chcą żyć w spokoju, obok Żydów, lecz nie przeciwko nim. Nawet nieszczęśliwi i doświadczeni przez los Palestyńczycy dobrze wiedzą, że w miastach Zachodniego Brzegu mają więcej samostanowienia i dobrobytu, niż w Syrii, Libanie czy też w Jordanii, gdzie stanowią połowę ludności. Nie cierpią Izraela serdecznie, ale doskonale rozumieją, że to nie Jordania ani nie Syria wytnie kawałek swego terytorium, by mogli założyć własne państwo, a za to Izrael naprawdę może to uczynić. Dlatego to w Izraelu pokładają swe nadzieje i to z nim wojują. Bo przecież z Syrią ani z Jordanią nie powalczą. Mają szansę wygrać swoją sprawę, choć stracili już tyle szans. Dostaną jednak kolejne, bo są zdeterminowani, a także dlatego, że naprawdę większość Izraelczyków i większość izraelskich polityków szczerze pragnie, aby powstało niezależne państwo palestyńskie. Byle tylko było niezależne naprawdę, nie zaś sterowane przez Iran albo trzymane w żelaznym uścisku brutalnej dyktatury jakichś fundamentalistów albo gangsterów. Czy to się kiedyś uda? Może. Ale nieprędko. Na razie zbyt wiele skłóconych ze sobą muzułmańskich potęg gra nienawiścią do Izraela w swych grach o wpływy i udziały w ropie.

Izrael to kraj, gdzie wszystko jest na poważanie. I praca, i walka, i polityka. Bo tam zawsze chodzi o przetrwanie. Fizyczne przetrwanie. Czy jesteś Beduinem, czy Druzem, wierzącym Żydem, czy Żydem na wskroś laickim, Arabem czy Palestyńczykiem – Twoja przyszłość jest niepewna, a twoje życie w dwójnasób realne. Nikt ci tam niczego nie da i niczego nie zagwarantuje. Pracujesz, robisz swoje i masz nadzieję. Twardą i szorstką, jak całe to życie na nieoznakowanym skrzyżowaniu Południa, Zachodu i Orientu.

Izrael jest dla mnie drugą ojczyzną. Ilekroć tam jestem (nieczęsto), ze smutkiem, lecz i ulgą uświadamiam sobie, jak szczęśliwym krajem jest moja pierwsza ojczyzna. Spokojna zielona Polska – nikomu nie obiecana, wolna i bezpieczna. Tak oczywiście i bezspornie nasza.

Czytaj również