Przypowieść o strachu i odwadze

Drukuj

Od małego wciąż się czegoś bałem. Tak się przyzwyczaiłem do własnej bojaźliwości, że w końcu przestałem się bać. Ze słabego stałem się silny. Ale prawdziwie odważny nie będę już nigdy.

Człowiek jest istotą zalęknioną. Trwoży go przyszłość, o której nie potrafi nie myśleć. Trwoży go samotność i śmierć. Lękiem napawa go myśl o utracie i przegranej, o bólu i hańbie. Ach, czegóż to się ten tchórz nie boi! A najbardziej może boi się tego swojego strachu, który czasem nie daje żyć. Dlatego na różne sposoby podejmuje z nim nierówną walkę. Rzuca mu straceńcze wyzwanie: topi w agresji, przetwarza w urojenia i wciela w wyimaginowane moce. Odwaga polega na tym, by ten wyobcowany i sprojektowany strach wziąć na powrót w siebie i trzymać na wodzy. Kto za dużo o sobie nie myśli, ten i o siebie niezbyt się boi. A jak się o siebie nie boi, to droga do odwagi staje przed nim otworem. Wystarczy tylko poćwiczyć.

Jak byłem dzieckiem, bałem się starszych chłopców i bandytów. A do tego milicji. Nieco później, w stanie wojennym, poznałem obrzydliwe dławiące uczucie na wpół panicznego, na wpół obezwładniającego strachu mięczaka, który wbrew sobie bierze się do spraw zastrzeżonych dla dzielnych facetów: do jakichś ulotek, napisów na murach i temu podobnych. Przyszła wolność – temat się skończył. Gdy miałem 17 lat zacząłem się wspinać. Słabo do tego usposobiony, przez kilka lat masochistycznie walczyłem z sięgającym obłędu strachem człowieka, który zaraz spadnie i się zabije – i właśnie dlatego musi się wziąć w garść, zachowując absolutny spokój oraz trzeźwość umysłu. Jak rzuciłem to w cholerę, wraz ze strachem o życie, przyszło mi do głowy, że teraz będę działacz i lider. Wydawanie pism, jakieś akcje, konferencje. Kiedyś to było łatwiejsze niż dziś, ale konflikty i utarczki były podobne. Bo nie ma działania bez mniejszych czy większych awantur. Po jednej czy dwóch zapadłem na istną neurozę na tym tle – zacząłem panicznie bać się wszelkich złych stosunków z ludźmi. Posiadanie wroga wydawało mi się największym z nieszczęść. Wreszcie, przed czterdziestką, poszedłem na działaczą emeryturę, gdyż ogarnęło mnie pewne zobojętnienie, zwane dziś wypaleniem. Wraz z entuzjazmem wypalił się również strach – dziś już nie bardzo boję się konfliktów. Raczej mnie nudzą, niż dewastują mój spokój wewnętrzny. Z zamiłowania do spokoju unikam ich wszelako jak najstaranniej. Porzucając działackie flanele i tanie papierosy oddałem się nowemu zajęciu, czyli publicystyce. I znów obudził się we mnie uśpiony tchórz. Wyzwiska, pogróżki, codzienna, czasami zmasowana nienawiść i pogarda. Na początku wprawiały mnie w dygotanie i panikę, zwłaszcza gdy szło o rasistów i pałkarzy. Jednak z czasem, mimo wielu autentycznie trudnych sytuacji, a może właśnie dzięki nim, po prostu się przyzwyczaiłem. Lata strachu przed tym czy tamtym nauczyły mnie lękowej rutyny, jak mógłbym nazwać to reaktywne zmniejszenie wrażliwości na zewnętrzne „bodźce lękowe” i na wewnętrzny, wyłaniający się z głębi nieświadomości i przebijający się do świadomości obmierzły strach. Doświadczenie życiowe i wiek robią swoje. Poza tym z biegiem lat człowiekowi po prostu już mniej zależy – co przeżył to jego, a przyszłość już tak nie pociąga.

Tak więc nie jestem już tchórzem, jakim byłem przez wiele lat, lecz żadną miarą nie stałem się człowiekiem odważnym. Dzięki długiemu doświadczeniu strachu – odczuwanego w sytuacjach dla ludzi dzielnych zupełnie błahych – potrafię docenić nieprawdopodobny chart ducha tych, którzy naprawdę narażają się na wielkie niebezpieczeństwa i cierpią wielkie szykany, i to w czasach pokoju. Wciąż nie mogę wyjść z podziwu dla ludzi takich jak Kuroń, Michnik czy Chojecki, którzy szli do więzienia, wychodzili, robili swoje i wracali do więzienia, i tak w kółko. Latami. Bez perspektyw na zwycięstwo, bez masowego poparcia. To ludzie ze stali, ludzie nieustraszeni. Jakiś inny gatunek? Potrafili połknąć swój własny strach i postanowić, że odtąd liczą się ze wszystkim i na wszystko godzą, nawet na śmierć. Być może, gdy raz sobie tak powiesz, to od tej chwili możesz stokroć więcej, niż taki zwykły „przyzwoity mięczak”, co tam sobie czasem coś po amatorsku odrobinę zaryzykuje.

Dziś nam już Michników i Kuroniów nie trzeba! Oby ich czas się skończył na zawsze! Inaczej jest na Białorusi, inaczej jest w Rosji. Oglądam filmy ukazujące akcje protestacyjne młodych ludzi, wymierzone w autorytarne reżimy, i znów zachodzę głowę: jak to w ogóle jest możliwe? Skąd biorą się tacy na świecie? No bo wyobraźcie sobie, że macie dwadzieścia kilka lat, życie przed sobą, a jednak idziecie na wojnę z carem. Jak Nadieżda Tołokonnikowa z koleżankami z Pussy Riots:

Albo kiedyś Sophie Scholl. Albo niedawno Aung San Suu Kyi. Albo Chen Guangcheng. I setki innych. Jak świat długi szeroki. Mutanci-batmani, ludzie wyższej rasy etycznej, co połknęli własny swój strach, obracają koło historii. Pust` wiertit`sa!

Czytaj również
  • Wiesław

    Panie Hartman,

    szlachetny człowieku,

    czytając Pana bloga czuję, jak pod kołnierzem coś mnie pali. A to mnie pali skóra na karku jak słyszę, kiedy ktoś przemawia moimi myślami. Widzę jak ktoś 1000 razy bardziej elokwentny potrafi zsyntetyzować moje myśli. I jestem Panu bardzo wdzięczny.

    W podzięce proponuję Panu gościnę, jeśli kiedykolwiek musiałby Pan przyjechać do Warszawy i nie miałby Pan się gdzie podziać.

    Mieszkam we wsi Wycinki Osowskie w powiecie Grodzisk Mazowiecki. Oprócz śniadania i imponującej kolacji obiecuję Panu serię pytań i wątpliwości. W pakiecie poranna podwózka na dworzec Ochota.

    Serdecznie pozdrawiam i mam nadzieję, że kiedyś będę miał zaszczyt z Panem porozmawiać.

    Ukłony.

    Wiesław Janoska, Wycinki Osowskie.