Warszawa – Mała Moskwa

Drukuj

Z okien hotelu Warszawa w Moskwie widać wielki pomnik Lenina a także dom, w którym mieszkał marszałek Tuchaczewski. Widać też wieże Kremla. Widać Rosję z „Warszawy”.

Żeby zrozumieć Polskę, trzeba zrozumieć Warszawę. Żeby zaś pojąć Warszawę, należy koniecznie udać się do Moskwy. Z perspektywy moskiewskiego i rosyjskiego monstrualizmu i dosłowności, jednoznaczności wyrazu, jaki przyjmuje tam wschodnia europejskość, europejskość podazjatyzowana, dawne rosyjskie miasto garnizonowe, vel stolica Kraju Przywiślańskiego, odsłania swoją prawdziwą naturę. Ja nie mówię, że to natura zła i dzika. Ja mówię, że przycięte paznokcie i uczesana grzywka Warszawy nadkłamują zachodni blichtr na surowym fundamencie wschodnieuropejskiego miasta, zamieszkałego przez wyemancypowaną ludność wiejską o charakterystycznej mentalności, którą właśnie tak dobrze widać, gdy pojechać do Rosji. Dwudziestolecie międzywojenne uczyniło z centrum Warszawy enklawę Zachodu w Polsce, lecz wojna je unicestwiła. Dwudziestolecie III RP nie ukształtowało stolicy po mieszczańsku, bo wielkomiejskiego mieszczaństwa mamy za mało, by mogło nadawać ton architekturze i po swojemu stroić ulice.

Mój ojciec wychował się na Czackiego, w samym centrum Warszawy. W Warszawie leżą na cmentarzu moi przodkowie. Nie mieszkam tam, ale mimo to uważam Warszawę za swoje miasto. Złego słowa nie dam powiedzieć. Po prostu szukam klucza do tego miasta, starając się uchwycić istotę jego rozwodnionej, ale jakże specyficznej atmosfery. I myślę, że znalazłem ją właśnie w podskórnej rosyjskości, którą Warszawa chcąc nie chcąc musiała wytatuować na swym wątłym ciałku, gdy przez stulecie była prowincjonalnym miastem na kresach imperium carów, a potem przez czterdzieści lat stolicą satelitarnego państewka.

Ale ta rosyjskość występuje u nas w wersji delikatnej i złagodzonej – zgodnie z tym, jak małym miastem stołecznym jest Warszawa, w porównaniu z Moskwą, i jak daleko wysuniętym na zachód. Moskwa jest bramą Azji – Azjatów widzi się tam na każdym kroku. W Warszawie jest ich mniej, z innych rejonów, ale też ich niemało. W Moskwie żyje się trudno – jest tłok, miasto bezlitośnie przecinają setki szos, zapełnionych dzikim i nieokiełznanym strumieniem zanarchizowanych aut, a pieszy cywil jest tam jak zbłąkany kundel drżący o swe życie. Ludzie sobie nie ufają i pilnują jeden drugiego. Są sobie nawzajem policjantami, bo bez dyscypliny Moskwa porosłaby dżunglą. Wszak jest miastem na skraju wielkiej Dżungli. Czy Warszawa nie jest trochę podobna? Czy i ona nie jest uciążliwa, sterroryzowana przez samochody, i czy ludzie wciąż nie pilnują tu siebie nawzajem, żeby pamiętali, jeden z drugim, że mieszkają już w mieście, a nie na wsi? W mniejszym stopniu, ale jednak.

Rosjanie są serdeczni i gościnni, ale w przestrzeni wspólnej, ulicznej są nieufni i często nieuprzejmi. Nawykli do dawania sobie rady w świecie, w którym człowiek wobec instytucji nie znaczy nic, ale i człowiek, i instytucja są fundamentalnie i nieodwołanie skorumpowani. Surowe prawo i surowe bezprawie rządzą tym światem wespół z potworną żądzą pieniądza. Z góry zaś czuwa nad wszystkim wszechobecna, na żartach nie znająca się cerkiew. Grzmi z telebimów i telewizorów, a na państwowych uczelniach zakłada Katedry Kreacjonizmu. Wielkie armie moherowe i skinheadowe, z pomocą armii czerwonej i tajemniczych panów w czarnych garniturach trzęsą tym kolosalnym i uciążliwym państwem, którego szarych mieszkańców trzymają przy życiu dacza, wódka i zakupy. W odmrożonym tu gwałtownie kapitalizmie wszystko jest na sprzedaż, a chciwość rynku ustala ceny na absurdalnie wysokim i dla połowy ludności morderczym poziomie. Bieda i bogactwo kotłują się ze sobą i przepychają na jezdniach i chodnikach. Jeśli to życie da się znieść, to tylko dzięki mądrości i odwadze rosyjskich kobiet.

Polska i Warszawa nie są takie. Nie jesteśmy krajem rządzonym przez grupę rozbisurmanionych bogaczy i ich świetnie opłacanych pretorianów. Nie mamy cara, którego portrety musimy wieszać w urzędach, sklepach i szkołach. Nie wygrażają nam pięścią metropolici. Nie towarzyszy nam na każdym kroku poczucie zależności od władzy, zagrożenia jej niczego dobrego nie wróżącym zainteresowaniem, poczucie własnej nicości w kosmosie Imperium i Historii. Słowo „prawo” nie wzbudza w nas odruchowego strachu przed grzywną lub łapówką, które trzeba będzie zapłacić.

Nie mamy imperium, i całe szczęście. Warszawa nie jest strażnicą bezkresu i nie koncentrują się w niej interesy i brudy o skali planetarnej. Jeśli jednak odjąć od Moskwy jej centrum, Warszawa mogłaby się bez trudu wpisać w jej peryferia. Podobna architektura, podobna brzydota, podbijana wdzierającym się między szosy nagłym pięknem, podobne twarze. I te targi z tandetą. I smrodliwe bary. I zaspane tramwaje. Zwłaszcza Praga, nie tylko z powodu cerkwi, jest taka moskiewska. I cóż w tym złego? Ano właśnie o to chodzi, że nic.

Byłem w Moskwie dwa razy. Raz jeszcze za czasów sowieckich, drugi raz w mijającym tygodniu. Jak wiele się zmieniło i jak wiele się mimo wszystko nie zmieniło! Warstwami układa się w tym osobliwym mieście carskość, sowieckość i nowe czasy Wielkiej Oligarchii. Uliczne pałace książąt, strzeliste pałace bolszewików, złote kopuły cerkwi, szklane wieżowce – pomniki kapitalizmu, sierpy i młoty, groteskowo ogromne neony Panasonica i Canona. Piękny, lecz przerażający swą bajkowatą azjackością Kreml. I to podziemne życie dziwnego metra z mozaikami, socrealistycznymi rzeźbami i niekończącymi się drewnianymi schodami ruchomymi. No i wreszcie te wartkie, nieuregulowane rzeki samochodów, ciągnące się po horyzont we wszystkich kierunkach.

Tak sobie to wszystko myślę, lecąc samolotem Aerofłotu z Moskwy do Warszawy. A żeby mi nie było smutno, pomyślę sobie jeszcze o antyputinowskiej realizacji „Złotego kogucika” Rymskiego Korsakowa, którą z udawolstiwem obejrzałem w Teatrze Wielkim, z niemałą egzaltacją nazywanym Bolszoj. Tam swą premierę miał Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich – największy i najtragiczniejszy spektakl polityczny w dziejach Europy. A dziś w tym samym miejscu piękna diwa śpiewa Hi hi hi, ha ha ha, ja nie bojus` griecha! I tego się trzymajmy, uważajemyje Damy i Gospoda! Moskwa – Warszawa wspólna sprawa! Dawajtie, koliegi, podruzym`sja. Wypijom wmiestie, kak Sławianie. Za Polszu, za Rassiju, za drużbu! I tak się dzieje naprawdę. I tylko między Warszawą i Moskwą tak się dzieje. Warto mieć to na uwadze.

Czytaj również
  • Malwina

    Szanowny Panie Redaktorze!
    Nie wiem, ile czasu Pan był w Moskwie. Nie wiem też, czy czytał Pan komentarze pod rosyjską wersją swojego artykułu.
    Ja mieszkam w Moskwie prawie rok. Znam rosyjski, pracuje z Rosjanami, codziennie jeżdżę moskiewskim metrem. Komentarze pod Pana artykułem przeczytałam, oczywiście pełno jest nienawistnych, zaślepionych. Ale z niektórymi niestety nie mogę się nie zgodzić.
    Kreml zaprojektowali Włosi. Nie wiem, co Pan zobaczył w nim azjatyckiego, ale architektem nie jestem, może to dlatego.
    Rozumiem, że taka rola dziennikarza, i że każdy prawo do swojego zdania. Ale po publicyście poczytnego polskiego tygdodnika spodziewałabym się głębszej analizy, zwłaszcza tak złożonego zjawiska, jakim jest stolica Federacji Rosyjskiej. Mam wrażenie natomiast, że Pana wpis nie podyktowany był taką analizą, a wielością polskich stereotypów na temat tego miasta.
    Mimo że mieszkam tu, nie pokusiłabym sie o taką analizę nawet w gronie najbliższych. Zbyt mało wiem o tym kraju, zbyt mało rozumiem z ich mentalności. Żałuję, że Pana artykuł przetłumaczony został na rosyjski i dotarł do Rosjan. Wielu z nich nie jest na tyle prymitywna, że braterskie mrugnięcie okiem i zaproszenie do kieliszka, zamaże to, co wcześniej Pan o nich z wyższością napisał.
    Pozdrawiam i zapraszam do Moskwy. Na dłużej.